Jak być dobrym rodzicem

Just another test weblog

rainbow

Dzieciom potrzebny jest doping

Wakacje pozostały już tylko wspomnieniem i najwyższy czas wziąć się ostro do roboty. To znaczy – chciałam powiedzieć – do nauki :) . Skończyła się laba – i to nie tylko dla naszych pociech, ale też i dla nas – rodziców.

Bo z dziećmi – to jak ze sportowcami. Trzeba ich stale dopingować. Nie ma rodzicielskiego dopingu – nie ma motywacji. Możemy dzieciom nie wiem jak długo i jak wiele razy powtarzać, że od ich sumiennego podejścia do obowiązków DZIŚ zależą ich osiągnięcia JUTRO. To dla dzieci raczej czysta abstrakcja. Mówić o tym – owszem, trzeba, ale dodatkowy doping jest niezbędny ;)

Prawda jest taka, że w wieku do ok.12 lat dzieci uczą się głównie DLA RODZICÓW. Jeśli widzą, że ich osiągnięcia interesują tatę i mamę, jeśli rodzice okazują im dumę i radość z dobrych ocen oraz autentyczną troskę i chęć pomocy w przypadku słabszych stopni – wtedy dziecko zrobi bardzo wiele, by zadowolić rodzica. Dziecko jest spragnione pochwał, uznania, docenienia. My dorośli też jesteśmy tego spragnieni, tyle tylko, że to skrzętnie ukrywamy. Dzieci są na szczęście bardziej spontaniczne.

Towarzysząc swoim dzieciom w szkolnych zmaganiach, zauważyłam jeszcze jedną rzecz. Być może Ty także. Zainteresowanie wynikami to jedna sprawa, ale kolejna – równie ważna – to fizyczne uczestniczenie w procesie nauki w domu (bo w szkole – to już z natury rzeczy niemożliwe ;) ). Szczególnie jest to istotne u dzieci w klasach 1-3. O ileż chętniej dziecko uczy się wierszyka, gdy powtarza strofki wspólnie z mamą. O ileż chętniej robi działania arytmetyczne, gdy obok siedzi tata i pokazuje, jak można sobie pomóc rysunkiem lub innymi “sprytnymi metodami”. Jeśli rodzice robią to z uśmiechem, nie szczędząc słów pochwał i zachęty, w dziecku rodzi się niesamowity zapał. Widzę sama jaka jest różnica w motywacji córki, gdy zadaję jej jakieś ćwiczonko do zrobienia i sama zajmuję się swoimi sprawami, a jak to wygląda, gdy siadam z nią przy stole i i to samo zadanie robimy wspólnie. To znaczy ona robi, a ja siedzę, uśmiecham się i chwalę ją, jak to jej świetnie idzie :) . Tego się w ogóle nie da porównać.

Jest oczywiście jeden problem – wszyscy jesteśmy zapracowani, wracamy późno do domu i nie mamy siły na to, by uczyć się z dzieckiem wierszyka czy robić z nim jakieś trywialne ćwiczenia. Nie zapominajmy jednak, że czas poświęcony dziecku to inwestycja. Inwestując swoje pieniądze, musimy zrezygnować z zaspokojenia jakichś zachcianek czy potrzeb, by móc odłożyć odpowiednie sumy i w przyszłości cieszyć się zyskami. Inwestując swój czas w naukę i wychowanie dziecka, także musimy czasem zrezygnować z drobnych przyjemności – obejrzenia filmu w telewizji, spotkania z przyjaciółmi, poczytania książki. Po to, by kiedyś być dumnym ze swojego dorosłego już dziecka. Tak, tak – już teraz, gdy tak siedzi z językiem na wierzchu, kreśląc w skupieniu koślawe literki, ważą się jego przyszłe losy :) .

Jak znaleźć czas dla dziecka? Trzeba przejrzeć swój plan dnia i zastanowić się, które z czynności nie są zbyt ważne, z których możemy zrezygnować, by uzbierać godzinkę lub dwie na naukę z pociechą. Moim zdaniem ze spokojem można pominąć ścieranie kurzy czy porządki w szafach – to da się zrobić w weekend. Jak nie ten, to następny ;) . Mozemy też pominąć oglądanie wiadomości w TV – wystarczy poczytać rano gazetę w drodze do pracy lub – jeśli jeździsz samochodem – posłuchać wiadomości w radiu. Drobnymi pracami domowymi trzeba sie dzielić z dziećmi – o zmycie naczyń czy zamiecenie pokoju można z czystym sumieniem poprosić syna czy córkę. Jeśli odmówisz przyjaciółce czy znajomemu wspólnego spotkania czy zrezygnujesz z obejrzenia kolejnego odcinka serialu, który tak namiętnie oglądasz – świat się naprawdę nie zawali ;) .

Warto tak zorganizować swój czas, by jak najpełniej uczestniczyć w życiu dziecka. I da się to zrobić. Trzeba tylko chcieć.

Czy jesteś dojrzałym rodzicem?

To jest trudne pytanie i chyba nikt nie jest w stanie jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Wiele jest kryteriów dojrzałości i nie ma człowieka, który spełniałby je wszystkie. Wiele rodziców bardzo się stara i to jest optymistyczne.

Ja jednak chciałabym odnieść się tylko do jednego aspektu dojrzałości. Skłoniło mnie do tego nasze najnowsze opowiadanie (“Chamstwo”) w Słowniczku emocji i postaw. Samo hasło “chamstwo” jest dość kontrowersyjne, a pani Ala, która pisze dla nas opowiadania do słowniczka, dodatkowo tę kontrowersyjność pogłębiła, ujmując temat z dość nietypowej strony. A przynajmniej nietypowej z punktu widzenia nas, rodziców.

Ale wracając do dojrzałości. Zadam Ci  kilka pytań, a Ty odpowiedz sobie sam przed sobą. Szczerze, bez owijania w bawełnę.

  1. Czy kiedykolwiek przyznałeś dziecku, że to ono miało rację, a TY byłeś w błędzie?
  2. Czy kiedykolwiek otwarcie przeprosiłeś dziecko, bo uznałeś, że postąpiłeś wobec niego niesprawiedliwie?
  3. Czy kiedykolwiek przyznałeś w rozmowie z dzieckiem, że nauczyciel / sąsiad / wujek postąpił niewłaściwie? (lub: nauczycielka, sąsiadka, ciocia ;) – płeć tu nie ma nic do rzeczy).

Dorośli mają tendencję stawiać siebie na piedestale. Dorosły zawsze ma rację. Dorosły zawsze wie lepiej. Dorosły ma prawo, bo jest dorosły. Dorosły jest mądrzejszy, bo jest dorosły. Bardzo boimy się podważyć własny autorytet. Kiedyś usłyszałam, że nie powinnam przy dziecku źle mówić o nauczycielu (nawet jeśli ten postąpił skandalicznie), bo podważam w ten sposób autorytet nauczyciela. Pytanie tylko, czy ten dorosły miał wcześniej jakiś autorytet, bo żeby go podważyć, to on najpierw musi go mieć ;) . Jeśli dorosły chce mieć autorytet wśród dzieci czy młodzieży, to musi go sam stworzyć – własną postawą i zachowaniem.

A jak TY budujesz swój autorytet u dzieci? Myślę, a wręcz jestem pewna, że niezbędnym fundamentem takiego autorytetu jest nasza szczerość. Czasem szczerość do bólu. Jest to uznanie własnej omylności i niedoskonałości, a także omylności i niedoskonałości innych dorosłych. Mówienie dziecku, że dorośli wiedzą lepiej to hipokryzja. Zawoalowany lęk przed tym, by przyznać się do tego, że NIE jesteśmy idealni.

Dziecko bardzo szybko wyłapie przejawy hipokryzji. Dlaczego tata zabrania mi palić, mówiąc, że to jest szkodliwe, a sam pali? Dlaczego mama powtarza, że trzeba zawsze mówić prawdę, a mnie okłamała? Dlaczego nauczycielka nas uczy, że trzeba szanować innych, a sama poniżyła mojego kolegę w oczach całej klasy? Takich przykładów można by mnożyć. Dzieci są wbrew pozorom bardzo inteligentne i czas najwyższy przestać im mydlić oczy, że dorosły jest alfą i omegą.

Jeśli potrafisz:

  • przyznać się wobec dziecka, że popełniłeś błąd,
  • przeprosić je tak po prostu,
  • otwarcie powiedzieć, że wielu rzeczy jeszcze nie wiesz,
  • być obiektywny i w obecności dziecka przyznać, że inny dorosły postąpił niewłaściwie,

wtedy dopiero masz szansę być PRAWDZIWYM autorytetem dla dziecka. Nie takim, któremu dziecko przytakuje tylko w jego obecności, ale takim, którego dziecko będzie szanować i któremu będzie ufać w każdym czasie i miejscu.

Budowanie TAKIEGO właśnie autorytetu jest miarą dojrzałości rodzica.
A może masz inne zdanie?

Jak być dobrym rodzicem

Czy popełniasz błędy w wychowywaniu dzieci? To może paradoksalne, ale jeśli odpowiesz: “Tak, popełniam sporo błędów” to jest szansa, że jesteś dobrym rodzicem. Jeśli odpowiesz: “Nie, bo zawsze robię wszystko dla dobra mojego syna/córki” to niestety świadczy o tym, że najprawdopodobniej okłamujesz (świadomie lub nie) samego siebie.

Błędy popełniamy wszyscy. Nawet Ci, którzy piszą świetne książki na temat wychowywania dzieci czy mają doskonałe wykształcenie pedagogiczne lub psychologiczne. Błędów wychowawczych nie popełniają tylko Ci, którzy… nie mają dzieci, ani też nie mają z nimi w żaden inny sposób do czynienia. Dlaczego? Bo jesteśmy tylko ludźmi. Bo czasem reagujemy zbyt emocjonalnie. Bo nie zawsze panujemy nad swoimi nastrojami, słowami, myślami. Bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć zachowań swoich pociech. Bo nie ma idealnych rodziców i nie ma idealnych dzieci.

Ważne jest, by zaakceptować ten fakt i nie obwiniać za swoje niedoskonałości ani siebie ani naszych małych “łobuzów”. Popełniać błędy jest rzeczą ludzką. Być dobrym rodzicem to nie znaczy być nieomylnym.

Być dobrym rodzicem to znaczy umieć przyznać się do własnego błędu. Być dobrym rodzicem to znaczy mieć odwagę powiedzieć “przepraszam” – nawet jeśli adresatem przeprosin miałby być kilkuletni mały człowieczek. Być dobrym rodzicem to znaczy zaakceptować fakt, że dziecko również ma prawo do tego, by NIE być doskonałe.

Tak naprawdę to w wielu przypadkach trudno jest określić, jaka reakcja rodzica jest w stu procentach prawidłowa i jaka metoda jest w stu procentach skuteczna. Dzieje się tak dlatego, że każde dziecko jest inne. Ma inną osobowość, inne doświadczenia życiowe za sobą, inny repertuar zachowań wykształcony w wyniku wpływów środowiskowych (rodzina, przedszkole, podwórko). Każde dziecko to splot przeróżnych cech genetycznych i nabytych, splot rozmaitych zalet i słabości. Wielką sztuką jest umiejętność obserwowania swojego dziecka i dostosowanie własnych reakcji do jego konkretnych potrzeb. Prosty przykład: czy niegrzeczne zachowanie dziecka zawsze świadczy o jego złej woli? Nie – czasem jest to wołanie o to, by ktoś się nim zainteresował, przytulił, okazał miłość, poświęcił mu trochę czasu.

Istnieją jednak pewne ogólne metody, które są skuteczne i działają w przypadku wszystkich bez wyjątku dzieci. Takie chociażby jak bezwarunkowa miłość. Jeśli dziecko wie od Ciebie, że je bardzo kochasz – bez względu na to, czy jest grzeczne, czy nie – to wbrew pozorom sprawia o wiele mniej kłopotów.

Natknęłam się ostatnio na książkę, która o takich właśnie fundamentalnych zasadach mówi: “10 błędów popełnianych przez dobrych rodziców” Kevina Steede. Spodobała mi się z dwóch powodów. Po pierwsze mówi rzeczywiście o sprawach najważniejszych, a po drugie – mówi o nich konkretnie i prostym, zrozumiałym językiem – bez żadnego wodolejstwa. Szybko się ją czyta, a jednocześnie można wracać do niej wielokrotnie, by w natłoku codziennych problemów i trosk o tych elementarnych zasadach nie zapominać. Prawdę mówiąc książka podoba mi się jeszcze z trzeciego powodu: w pełni odzwierciedla moje własne przekonania :) Chętnie bym się spotkała z jej autorem (notabene także rodzicem – ma małą córeczkę o imieniu Lindsey) przy jakiejś małej kawce – wyczuwam w nim swoją pokrewną duszę ;) .